piątek, 10 sierpnia 2012

O ogłoszeniu w radio

Podczas urlopu tematy zamówieniowe odpychałem od siebie jak tylko mogłem (niestety niektórych odepchnąć się nie dało), ale trudno było mi się oprzeć przed rzuceniem okiem na kolumnę ogłoszeń w lokalnej gazecie (którą od czasu do czasu się kupiło, aby sprawdzić, czy przypadkiem w Londynie jakiś cud złotomedalowy się nie stał), aby zobaczyć co i jak zamawiacze próbują kupować. A to rzucenie okiem przywołało na myśl pewną refleksję, która już od dawna po głowie łaziła i w kolejce do szponów czekała – taką, akurat, nieco lżejszego, wakacyjnego kalibru :)

Swego czasu, będąc w odwiedzinach u rodziny, zastałem u niej radio nastawione na jakąś góralską stację. Pomiędzy rozmaitymi góralskimi dźwiękami dobiegającymi z radioodbiornika, w paśmie reklam (choć to raczej słowo nie do końca na miejscu) usłyszałem… ogłoszenie o zamówieniu. Publicznym. I odrobinę mnie to zaskoczyło. Oczywiście ustawa nie zabrania. Im bardziej dostępne ogłoszenie, tym lepiej. Oczywiście, dla przedsiębiorców na rynku zamówień publicznych działających na co dzień lepszego źródła niż oficjalne publikatory się nie znajdzie. Dla kogoś, kto na co dzień nie ma z zamówieniami do czynienia, sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie. Ciekaw jestem zresztą, jaką skuteczność takie radiowe ogłoszenia w tej akurat konkretnej lokalnej społeczności mają (bo region regionowi nierówny, radio radiu – również).

W zamierzchłych czasach zresztą o ogłoszeniach publikowanych online nikomu się już nie śniło. Była tablica ogłoszeń, drukowany Biuletyn Zamówień Publicznych i… właściwie tyle. Można było umieścić ogłoszenie w prasie, było też sporo lokalnych publikatorów (np. Biuletyn Zamówień Publicznych i Ofert Miasta Krakowa, gdzie każda jednostka organizacyjna gminy miała obowiązek swoje ogłoszenia publikować). Dziś traktujemy ogłoszenia na tablicy ogłoszeń często jako relikt, zupełnie niepotrzebny. Wciąż jednak być może zdarzają się zamawiający, gdzie ktoś na te tablice właśnie zagląda – dawniej jednak z pewnością wykonawcy korzystali z nich powszechniej. Ba, umieszczając ogłoszenie w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej wkurzamy się, że ogłoszenie nie jest publikowane z automatu, tylko trzeba czekać parę dni, podczas gdy dawniej ogłoszenia w BZP jakiś biedak musiał w Warszawie przepisywać i nie przeszkadzało to nam specjalnie…

Przez dłuższy czas ustawa nakazywała także obowiązkowe publikowanie ogłoszeń w prasie ogólnopolskiej, po przekroczeniu określonych progów. I przy okazji nakazywała publikowanie ich – formalnie rzecz biorąc – w pełnej treści. Nie wiadomo po co, bo przy kontrahentach zainteresowanych zamówieniami o wartości przekraczającej 10 mln euro dla robót i 5 mln euro dla dostaw i usług brak dostępu do sieci wydawał się już wtedy mało prawdopodobny. W praktyce zatem umieszczaliśmy w prasie takie ogłoszenia okrojone do najważniejszych informacji – kto zamawia, co jest przedmiotem zamówienia i gdzie znaleźć więcej informacji. Skutkowało to nieodmiennie podczas kontroli uprzedniej Prezesa UZP stwierdzeniem naruszenia w tym zakresie przepisów ustawy (na szczęście – naruszenia niemającego żadnego wpływu na wynik postępowania) i równie nieodmiennie absolutnie nieszczerymi obietnicami poprawy w informacjach o wykorzystaniu zaleceń pokontrolnych, jakie trzeba było Prezesowi UZP odesłać.

Szczęśliwie, takie praktyki należą już do przeszłości, ogłoszenie w prasie (które czasami może mieć sens) jest już nieobowiązkowe, ustawa zaś pozwala poinformować o ogłoszeniu potencjalnych zainteresowanych wykonawców. To rozwiązanie sens ma znacznie częściej niż ogłoszenie w prasie – pozornie niezainteresowany wykonawca, gdy dostanie skierowane bezpośrednio do siebie zaproszenie, cóż, często wrzuci go bezpośrednio do kosza, czasem jednak ktoś tam zastanowi się nad zamówieniem nieco dłużej, niż gdyby czytał tylko o nim w internetowym publikatorze.

* * *
Autor: Grzegorz Bednarczyk
Tekst pierwotnie opublikowano na stronie autora: "
W szponach zamówień".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza